Zainspirowana filmem „Sztuka kochania”, postanowiłam napisać felieton o seksualnych zwyczajach współczesnych mieszkańców Polski.

Dziś w Polsce żyjemy o wiele szybciej i intensywniej niż w czasach, kiedy Michalina Wisłocka pisała „Sztukę kochania”. Internet przyczynił się do wzrostu zarówno świadomości seksualnej jak i pornografii, co ma swoje odbicie w stosunkach międzyludzkich. Na ekranie stosunki odbywają się błyskawicznie, a pary momentalnie szczytują. Dzięki portalom randkowym wybieranie partnerów i partnerek stało się łatwe i szybkie jak nigdy dotąd. Skąd ten pośpiech? Generalnie, żyjemy w pędzie. Pochłania nas praca, w której nie liczą się starania, ale rezultaty. Mam wrażenie, że w życiu miłosnym coraz częściej zachowujemy się jak w pracy. Usiłujemy osiągnąć maksymalny rezultat w minimalnym czasie. Ale seks to nie korporacja...
Chłopaka o imieniu S. poznałam w listopadzie. W styczniu pojechaliśmy razem do Krakowa. Poprosił, żebym została jego dziewczyną, jak tylko skończyliśmy spacer po Starym Mieście i usiedliśmy z grzanym winem w Piwnicy pod Baranami. Wahałam się z odpowiedzią tydzień lub dwa. Kiedy S. zrozumiał, że póki co interesuje mnie tylko przyjaźń, zerwał ze mną kontakt. Po co tracić czas na dziewczynę, której nie można od razu przelecieć?
W XXI wieku sztuka flirtu i uwodzenia zanika zupełnie. Jako miłośniczka literatury z żalem wspominam czytaną kiedyś XIX-wieczną powieść „Lalka”, w której pan Wokulski miesiącami starał się o względy panny Izabeli. Dziś taki Wokulski skreśliłby Izabelę po pierwszym spotkaniu i w ciągu minuty znalazł 10 innych Izabel za pomocą randkowej aplikacji.
Powinnam jednak przestać narzekać na tego typu aplikację. Dzięki jednej z nich poznałam M. Rozbawił mnie w internetowej konwersacji i po kilku dniach czatowania spotkaliśmy się w kawiarni. Powiedział mi otwarcie, że ma dziewczynę i po prostu szuka nowej koleżanki. Jego szczerość, otwartość i luźny styl bycia ode razu mi się spodobały. Później spotykaliśmy się w gronie znajomych. Po miesiącu intensywnej znajomości spędziłam z nim noc w towarzystwie koleżanki. Historia jak ze „Sztuki kochania”! Jednak zamiast seksu w niewygodnych pozycjach, który pokazywał Piotr Adamczyk na ekranie, po prostu się przytulaliśmy. Następnego dnia M. powiedział mi, że za bardzo ceni naszą przyjaźń, żeby zepsuć ją przez stosunek. Mimo tego, że liczyłam na to zepsucie, zgodziłam się na przyjaźń.
Pewien mędrzec powiedział, że liczy się droga a nie cel. Ta myśl często mi towarzyszy. Jest coś pięknego i subtelnego w tym powolnym uwodzeniu się. A. przez prawie dwa miesiące próbował zbliżyć się do mnie, zapraszając mnie na różne imprezy. Chętnie przyjmowałam zaproszenia, ale nigdy nie umożliwiłam mu spotkania się ze mną sam na sam. Dopiero kiedy zachorował i przestał balować, nasza relacja stała się bardziej intymna. Długie godziny gadaliśmy przez telefon. Później spotykaliśmy się w naszych mieszkaniach na nocne rozmowy. Pewnego wieczoru poszliśmy potańczyć. W objęciach A. spędziłam na parkiecie kilka godzin. Seksowny taniec to mój sposób na uwodzenie. Tamtą noc zakończyliśmy w moim łóżku. Delikatne, przyjacielskie pieszczoty w pewnym momencie zamieniły w bardziej namiętne gesty. To było bardzo spontaniczne. Rankiem A. zapytał, czy będę na niego zła, jeśli nie dojdzie do ponownego zbliżenia. Powiedziałam, że zależy mi na naszej znajomości i przede wszystkich chcę pozostać z nim w kontakcie. Obecnie jesteśmy przyjaciółmi, ale widzę, jak A. zazdrośnie patrzy na innym moich kolegów. Nie wiem, co będzie z nami dalej, ale ta niewiedza wcale mi nie przeszkadza.
Kochania nie da się zaplanować tak jak projektu. Kochanie nie zna dead-linów, a jego rezultaty są nieprzewidywalne. Czego nauczyły mnie te trzy historie, którymi się z wami podzieliłam? Dowiedziałam się, że czas, uwaga i wolność, to najcenniejsze rzeczy, jakie można podarować kochanej osobie.

Komentarze