Sztuka kochania à la manière étrangère.
W filmie „Sztuka kochania” Michalina Wisłocka uczy się tytułowego kunsztu od byłego marynarza, który w niejednym porcie miał kochankę. Akcja dzieje się w czasach, kiedy „zimna wojna” i trudności z uzyskaniem paszportu znacznie ograniczały szanse Polaków i Polek na znalezienie zagranicznego partnera czy partnerki. Jeśli kto nie miał w planach wczasów w Bułgarii, to o przygodzie z obcokrajowcem mógł zapomnieć. Po tym, jak opadła „żelazna kurtyna”, pole do uprawiania sztuki kochania znacznie się powiększyło. Zaczęły się podróże i przyjmowanie turystów. Wejście do Unii Europejskiej umożliwiło emigrację zarobkową polskich obywateli i obywatelek na szeroką skalę, a także imigrację przybyszów z zagranicy. Dziś w dużych miastach pełno jest ekspatów pracujących w międzynarodowych korporacjach.
W stołecznych barach poznałam kilku Francuzów, Włochów, Brytyjczyków, Turków, Amerykanów, Hindusów, Holendrów, obywateli północnej Afryki i południowej Ameryki. W trakcie tej wyliczanki celowo użyłam tylko rodzaju męskiego, gdyż tak się skała, że większość ekspaktów to mężczyźni. Znam tylko jedną Włoszkę i jedną Francuzkę, które na stale mieszkają w Warszawie. Wygląda więc na to, że warszawianki mają o wiele większe szanse na sztukę miłości w egzotycznym wydaniu niż warszawiacy.
Spotkanie z przedstawicielami innych narodowości, daje Polkom możliwość konfrontacji z powszechnie krążącymi stereotypami. Przyjrzyjmy się im: Latynos jest namiętny, Francuz zawsze chętny, Włoch podrywa wszystko, co się rusza, a Arab nawet nie pyta dziewczyny o zdanie, jeśli chce pójść z nią do łóżka. Czy na pewno?
W. jest synem Polaka i Francuski. Ma francuski, nieco nonszalancki styl bycia, ale polskie poczucie humoru. Od pierwszego wejrzenia iskrzyło między nami, ale kiedy się poznaliśmy, miałam innego partnera, więc W. musiał poczekać. Wrócił do Francji. Przez prawie rok nie utrzymywaliśmy kontaktu. Jednak kiedy planował wakacje w Polsce, odezwał się do mnie i odnowiliśmy znajomość. Spotkaliśmy się tuż po jego przylocie do Warszawy. Choć w barze towarzyszyło nam dwoje znajomych, nie mógł powstrzymać się od flirtu ze mną. Imprezę zakończyliśmy rano w mieszkaniu, które wynajął W. Były pieszczoty i pocałunki. Jednak, kiedy zaczęłam nalegać na zbliżenie, W. wyznał mi, że nie jest na to gotowy. Od półtora roku żył w celibacie, ponieważ jego poprzednie doświadczenie seksualne było traumatyczne: pęknięta prezerwatywa i zagrożenie wirusem HIV! Całą kolejną noc uwodziłam go, aż w końcu uległ mi i zgodził się na francuski seks.
B. jest Włochem. Ma ciemną karnację i czarne włosy. Śpiewa i gra na gitarze. Ale nie nosi obcisłych koszulek. Nie puszy się jak paw. Nie podrywa na prawo i lewo. Zawsze marzył o romantycznej miłości. Od początku jednak wiadomo było, że między nami będzie tylko przyjaźń. Wspólne wyjścia do kina, restauracji czy parku zawsze kończyły się po prostu serdecznymi pogaduchami. Nawet kiedy przyjechał do mnie na Sylwestra i nieco wstawieni wróciliśmy z imprezy do mojego mieszkania, usnął przy mnie na sofie tak grzecznie jak dziecko.
A. urodził się w Ameryce Południowej i choć dorosłe życie spędził w północnej Europie, zachował w sobie coś z gorącego Latynosa. Mówi dużo. Często się uśmiecha. Dobrze tańczy. Na początku naszej znajomości uważałem, że jest stereotypowym macho i nie miałam ochoty być jego kolejną zdobyczą. Dopiero kiedy zobaczyłam, że jest wrażliwym facetem, który ma swoje słabości i problemy, przekonałam się do niego. Na początku była serdeczność. Później przyjaźń. Jeszcze później seks. Zaskoczył mnie swoją czułością. W łóżku bardziej dbał o moje potrzeby niż o swoje. Długo i delikatnie pieścił najwrażliwsze części mojego ciała.
M. pochodzi z Tunezji. Jego skóra jest jaśniejszą niż skóra B., a włosy dodatkowo rozjaśnił farbą. Ma lekką nadwagę, ale to tylko dodaje mu uroku. Mówi w języku francuskim, który nazywany jest językiem miłości. Na pierwszym spotkaniu powiedział mi, że chce się ze mną zaprzyjaźnić, ponieważ dziewczynę już ma. Kiedy zerwał, odwiedziłam go w towarzystwie mojej koleżanki. Mała impreza zakończyła się na jego materacu. Trójkąt w stylu Wisłockiej nie był mi jednak pisany. Facet po prostu wolał się przytulać. Krótko potem otwarcie zaproponowałam mu seks, ale M. odmówił. Wyznał mi, że nie jest gotowy na nowy związek, a nie chce mnie traktować jak dziewczyny na jedną noc, poza tym układ „friends with benefits” nie wchodzi w grę, bo któreś z nas mogłoby się głębiej zaangażować i zacząć cierpieć. Pozostaliśmy więc przyjaciółmi.
Podsumowując, te cztery historie, mogę powiedzieć, że: Francuz był nieśmiały, Latynos czuły, Włoch niezainteresowany, a Arab pełen szacunku. Nie wiem, czego pan marynarz od Wisłockiej nauczył się od swoich kochanek. Ja od moich przyjaciół nauczyłam się ważnej rzeczy: wzór na udany seks nie zawiera zmiennej „narodowość”. Czas rozstać się z kochanymi stereotypami!
Zainspirowana filmem „Sztuka kochania”, postanowiłam napisać felieton o seksualnych zwyczajach współczesnych mieszkańców Polski. Dziś w Polsce żyjemy o wiele szybciej i intensywniej niż w czasach, kiedy Michalina Wisłocka pisała „Sztukę kochania”. Internet przyczynił się do wzrostu zarówno świadomości seksualnej jak i pornografii, co ma swoje odbicie w stosunkach międzyludzkich. Na ekranie stosunki odbywają się błyskawicznie, a pary momentalnie szczytują. Dzięki portalom randkowym wybieranie partnerów i partnerek stało się łatwe i szybkie jak nigdy dotąd. Skąd ten pośpiech? Generalnie, żyjemy w pędzie. Pochłania nas praca, w której nie liczą się starania, ale rezultaty. Mam wrażenie, że w życiu miłosnym coraz częściej zachowujemy się jak w pracy. Usiłujemy osiągnąć maksymalny rezultat w minimalnym czasie. Ale seks to nie korporacja... Chłopaka o imieniu S. poznałam w listopadzie. W styczniu pojechaliśmy razem do Krakowa. Poprosił, żebym została jego dziewczyną, jak tylko skończyli...
Komentarze
Prześlij komentarz